Rage across Silesia

W obronie królestwa!
Dziwne przypadki Ibrahima Ibn Jakuba

Nadal jesteśmy na srebrnej ścieżce. Lunae jest na nas obrażona, bo nieopaczne Dziecię Gaii ją postrzeliło. Ale nie należy oglądać się wstecz – zawsze trzeba kroczyć naprzód, a naszym następnym celem jest legendarne królestwo Ibrahima. Mamy powstrzymać Fimbulvinter, zimę końca świata i Głodny Pył – albo przynajmniej coś w tym stylu, co objawiło się w wizji Teurga Angusa MacLeoda. Naszym zadaniem jest uratowanie królestwa Ibrahima Ibn Jakuba, mędrca z XVII w., którego słynna mądrośc opromienienia królestwo.
Mamy także odnaleźć Mantikorę, która opiekuje się nim.
Na końcu srebrnej ścieżki czujemy gorące, parne i dławiące powietrze. Wychodzimy niemalże na środek pustyni, przed sobą mając ubity, czerwony trakt. Idziemy nim. Co dziwne, droga jest zadbana, a wszystko inne zdaje się martwe i ciche. Nie udaje nam się jednak ujść daleko – za wydmą jest 6 nabitych na pal ciał. Wyglądają jak przestroga. A ledwie zdążyłam o tym pomyśleć, z oddali, w tumanach pyłu nadjechała gromada jeźdźców. Na szczęście udało mi się powstrzymać towarzyszy od natychmiastowego użycia siły. Dowiedzieliśmy się, że nabici na pal to buntownicy podburzani przez MacLeoda i zebrano nas do pałacu, gdzie mamy porozmawiać z wezyrem, który ponoć przemawia w imieniu najmędrszego, najlepszego, najpotężniejszego Ibrahima.
Sam pałac ocieka zlotem, jest kolorowo i bogato, wszędzie są poduszki, a my zostajemy nadzwyczaj ciepło przyjęci i ugoszczeni. Mamy spisać swoje imiona i poczekać. Mimo oporów moich towarzyszy, ja swoje przedstawiam.
Czekając na audiencję u wezyra spotykamy człowieka imieniem Husajn ibn al Husajn. Pytamy go o zagrożenie ze strony MacLeoda, o to, czy jest ono realne i jakie mamy szanse zobaczyć najmędrszego, najdostojniejszego i najwspanialszego Ibrahima Ibn Jakuba. Husajn uważa, że należy szykować się na wojnę, bo ościenne królestwo już zostało zaatakowane i podbite, a teraz panuje tam Fimbulvinter i mieszkają tam lodowi giganci. Uważa, że wezyr ma szpiegów w królestwie MacLeoda i że na pewno ma pewność, co do jego niecnych planów. Pytam o Mantikorę, co zdaje się mocno konfudować Husajna. Do rozmowy włącza się indianka. Mówi, że Mantikora jest tu zarówno święta, jak i przerażająca. Jest duchem opiekuńczym, ale rozzłoszczona lub głodna nie zawaha się zjeść podróżnego. Indianka od roku czeka na spotkanie z Ibrahimem. Odwiedza go tylko wielki wezyr. To pozwala nam sądzić, że z Ibrahimem jest coś mocno nie w porządku… Nasuwa się myśl, że to własnie wielki wezyr jest przyczyną nieszczęść królestwa.
Tymczasem zostajemy wezwani na audiencję. Wezyr siedzi na starcie poduszek, jest wielki, gruby, wygląda na nie do końca sprawnego, próżnego starucha u władzy. Wita się z nami i pyta o powód naszej wizyty. Odpowiadam pytaniem – o powód przyprowadzenia nas tutaj. On opowiada o wojnie, o podbiciu sąsiedniego królestwa, o czyhających wszędzie zagrożeniach, o tym, że nie można i nie należy ufać już nikomu. Nie wyczuwam żmija… Ale w tej sytuacji to chyba gorzej. Diagnoza jest jedna: mania prześladowcza.
Co dziwne wezyr jest niezwykle uradowany faktem, że towarzyszy nam Sidney. Uważa, że jako Anansi on jeden jest godzien rozmawiać osobiście z Ibrahimem i wysyła go do wieży, w której mędrzec podobno od dawna medytuje. Nasz Anansi się zgadza. Pójdzie tam sam, w nocy, co naturalnie budzi nasz opór. Z braku innych opcji instalujemy się w jednak w pałacowych kwaterach.
Nie zostawimy Sydneya samego. Ustalamy plan – ja przybiorę postać kruka i polecę na wieżę, reszta z nas będzie czujnie czekać na wezwanie.
Przemieniona w ptaka chowam się w wykuszu. Widzę bardzo, bardzo starego człowieka, oplecionego pajęczyną, ze skórą wyblakłą jak pergamin, który pogrążony jest ni to we śnie, ni w letargu. Ibrahim Ibn Jakub bowiem od roku medytuje. Budzi się, gdy Sidney wchodzi do środka. Lekko, podnosi się, otwiera zamglone oczy. Uważa, że znalazł rozwiązanie głodu, zimy i miazmy. Całe zło, które spotyka legendarne królestwa pochodzi od Żmija. Ibrahim jest więc gotów oddać się na służbę Tkaczce, by przywrócić harmonię i ład w ich obszarze. Uważa, że tylko ona może być gwarantem pokoju. Sidney ma mu pomóc i skontaktować się z Tkaczką. Nasz towarzysz obiecuje pomoc w skontaktowaniu się, ale w niczym innym – ma wątliwości, co do słuszności takiego postępowania. A reszta watahy ponoć już jest w akcji – chcą pozbyć się wezyra, a pomaga im w tym Indianka Abeque. Słychać strzały…

View
Podróże po Ścieżkach

Tak jak sądziłem, próby, oprócz rytualnego znaczenia, były czymś w rodzaju przygotowania na trudy i anomalie czekające na podróżnika w Umbrze. Dzisiaj wilkołaki i ja, wyruszamy aby grupa mogła odnaleźć swój totem – kapryśnego Ducha-Zwierzę-Symbol, który w zamian za wypełnianie jego przykazań, będzie użyczał watasze część swojej siły. Po „odprawie” urządzonej przez starszych cała grupa przeniosła się do Umbry (przy czym musiałem skorzystać z niewielkiej pomocy Teurgini, gdyż mojemu rodzajowi trudno przekraczać Rękawicę w takich dzikich i nieuporządkowanych miejscach).

Podczas podróży widzieliśmy ducha Krwawej Luny, zdarzenie uznawane przez wilkołaki za dobry omen, gdyż uważają one, że objawienie się ducha Septu sprzyja szczególnie ważnym wyprawom. Podróż w głąb Umbry to dziwaczne i lekko niepokojące doznanie, podczas podróży trzeba koncentrować się nie tyle na konkretnym celu ale na jego wyobrażeniu, koncepcie. Kosztowało nas to trochę błądzenia i wysiłku. W pewnym momencie zboczyliśmy z trasy tak bardzo, że trafiliśmy na skraj Otchłani, niebezpiecznego miejsca, gdzie trafiają zagubione rzeczy – i jak widać także zagubieni wędrowcy.

To wszystko chyba było odrobinę zbyt stresujące dla Tycjany – jednego z Ahrounów, która dostała szału, na szczęście udało mi się w porę zabrać jej wspomnienia i powstrzymać ją przed podjęciem bezsensownej walki ze zbliżającymi się stworami z Otchłani, dzięki temu uciekliśmy i w końcu trafiliśmy na miejsce, do Legendarnego Królestwa, gdzie powitał nas jeden z Duchów-Przodków Aurory.

View
Domowa pajęczyna

Dziwne i niezbadane są ścieżki mojej Królowej, jeśli dobrze odczytałem znaki to szeczeniaki – a teraz już pełnoprawni członkowie Septu Krwawego Księżyca – są ważnymi nitkami w Gobelinie. Nici ich życia i czynów zdają się przeplatać z ważnymi wydarzeniami. A moja własna nić jest splątana z nimi. Będę posłuszny i będę pomagał im, oraz współdzielił z nimi niebezpieczeństwa – a w te pakują się nieustannie – przynajmniej dopóki Ananasa nie zażąda ode mnie czegoś innego.

Tymczasem dołączyłem do młodych wilków w ich zmaganiach z Umbrą i poważniejszą eksploracją świata obok, razem z nimi pomogłem uspokoić ducha zamieszkującego Matecznik, który postanowiły opleść Pająki Wzorca, dzięki moim znajomościom sieci udało im się dostać do środka, i opuścić kokon wokół tej anomalii bez szwanku dla zdrowia. Odbyłem też z nimi podróż do widmowej wersji Stadionu Śląskiego, gdzie spotkaliśmy dziwne stworzenie zwane Epitafem, które symbolizowało sprzeczność konfliktu i wojny. Doprawdy, mnogość dziwnych stworzeń, które żyją w Umbrze nie przestaje mnie zadziwiać.

Jeśli dobrze zrozumiałem znaczenie tych prób, które przechodzili to jest to tylko wstęp do jakiegoś poważniejszego zadania w głębszej Umbrze.

View
Przemsł, Mangi i Azaera
olaboga, ile się dzieje!

W cholernej Kanadzie akcja nie zwalniała tempa.
Curtis Warrel, kotołak, którego niedawno poznaliśmy deklaruje chęć pójścia z nami do kopalni. Zna Azaerę, wie, gdzie fomory rzadziej atakują. Azaera jednakże nigdy nie dopuściła go do Narlthusa – wielkiego, piętnastometrowego jaja, zdającego się być źródłem zła wszelkiego. Curtis chce spróbować odwrócić jej uwagę, podczas gdy część przedostanie się do kopalni ciężarówką, a część spróbuje zająć czymś fomory. Plan dość skomplikowany – ale z szansą powodzenia.
Ja jednak miałam zupełnie inne rzeczy na głowie. Przemysł umierał. Umierał już całkiem nie na żarty – umierał poważnie i prawdziwie. Bill, nasz kochany niedźwiedziołak upiera się, że da radę interweniować w tej sprawie. Wyruszyłam z nim do jego chatki. Bill dzielnie na barkach dźwigał półmartwe ciało Przemysła. Niemal czułam jak jego duch ulatuje ku przodkom.
W chacie Billa przenieśliśmy się do Umbry. W formie crispo Bill góruje nade mną jakie 3-4-krotnie. Wygląda jak wielka góra mięśni i futra, emanuje z niego siła i jakaś niepohamowana pierwotna dzikość. Wzywa Mangiego – niedźwiedziego boga śmierci. Ma stoczyć z nim bój o życie Przemysła. Ja siedzę cicho, jak mysz pod miotłą. Jeżeli Bill jest wielki to Mangi jest nieopisanie ogromny, wygląda jak praojciec wszystkich niedźwiedzi. Wyczuwam go jako potężnego niebiańskiego ducha. Rozmowa między nimi nie trwa jednak długo i staję się niemym i niemal niewidocznym świadkiem walki. Bill robi, co w jego mocy, ale jeden cios łapą Mangiego posyła go nieprzytomnego na ziemię. Bóg szykuje się do zadania ostatecznego ciosu. Nie wiem, jak znalazłam w sobie tyle odwagi – wybiegłam bowiem przed Mangiego, zasłaniając Billa własnym ciałem. O dziwo nie zostaję zmiażdżona potężną łapą – bóg niedźwiedzi przemawia do mnie! Bill jest moim przyjacielem, jest ważny, oszczędź go – błagam. Duch, nadal ku memu bezgranicznemu zdziwieniu, zgadza się. Dla Przemysła nie ma jednak ratunku…
Zostawiam Billa w chatce – będzie zapewne jeszcze spał jakiś czas. Sama zamieniam się w kruka i przez Umbrę dołączam do watahy.
Tam zastaję dantejskie sceny. Tańczący z Ogonem zabił właśnie Wendigo – Lodowego Kła. Okupił to drogo tracąc 3 palce, ale jest na tule świrem, że nadal wygląda na szczęśliwego. Przybyłam na czas, aby zająć się jego ranami. Śmierć Przemysłą, ostateczna śmierć, obudziła w moich towarzyszach jeszcze większą żądzę zemsty.
Plan na wejście do kopalni już był. Nasz nowy towarzysz, Sidney DiGriz, Ananasi, także interesuje się Narlthusem, ma zamiar nam pomóc. W związku z przegraną Lodowego Kła pomogą także Wendigo, które darzą nas większym niż do tej pory zaufaniem. Dziwne, że słowa Incarny nie pomagają, a zabicie im kolegi już tak. Pokrętna męska logika.
Curtis prowadzi ochotników na rekrutów Azaery – w tym i mnie – do Narlthusa. Kamienna komnata jest ogromna, jest tam kilkanaście fomorów (są ohydne) i wielkie jajo, od którego śmierdzi Żmijem tak, że aż ducha na drugą stronę wywraca. Sama Azaera jest za to zjawiskowa. Medytuje obok Narlthusa odziana w zwiewną, białą suknię. Jej skóra jest mleczna, a włosy tak białe jak suknia. Wstaje i obraca się do nas, prześlizgując się po każdym uważnym, czujnym spojrzeniem. Jest piękna, mało tego – jest idealna. Nie potrafię dostrzec w niej żadnej skazy, wszystko jest proporcjonalne, perfekcyjne, symetryczne. Wita się z nami i zaczyna swoją przemianę. Futro również ma białe i nieskazitelne. Nagle doznaję olśnienia – Azaera jest przedstawicielką Białych Wyjców – i to czystą jak łza. A przecież Białych Wyjców już nie ma – minęły czasy dawnych, cudownych wojowników Garou, które miały walczyć ze Żmijem. Ale jej Żmij nie wypaczył, ona sama, z własnej woli weszła na jego ścieżkę. Aby nas sprawdzić nakazuje nam zabić Curtisa – jest dla niej nieistotny, a jego śmierć ma być pieczęcią naszej wierności. Cheveio pozoruje na niego atak (nawet kilka razy), w tym czasie Wendigo rozpoczynają szturm. Fomory wszczynają alarm, a Ernarson dmie w Róg Fenrisa. Z perspektywy czasu powiem, że to było najmądrzejsze posunięcie, ba – było wybitne! Potem nie wiem, co się działo, bo opętał nas Duch Pierwszej Watachy, ale Azaera zdążyła umknąć, a duchy, po zniszczeniu Narlthusa, zniszczyły także Róg Fenrisa. Z dokumentów, które znaleźliśmy później wynikało, że Azaera była w ciągłym kontakcie z II Watahą z Chorzowa – to oni zabili szczeniaki. Teraz Wendigo mają dowód na naszą niewinność. A my możemy wreszcie wracać do domu. Oczywiście z dodatkowym bagażem – Panem DiGriz.

View
Rozwiązanie

Niestety moje przypuszczenia okazały się słuszne, kamień z mojej wizji nie był schronieniem Królowej, obserwowane przeze mnie Garou zniszczyły go, a razem z nim ducha, który był tam uwięziony. Jednak wierzę, że Ananasa ukazała mi to miejsce nie bez powodu. Być może część mojej misji jest związana z tymi młodymi wilkołakami? Wydają się być siłą, która może dużo zmienić w układach pomiędzy nadnaturalnymi istotami na Górnym Śląsku. Mam pewność, że Królowa życzy sobie aby ich obserwować.

Spotkanie przebiegło w miarę pomyślnie, dzięki Curtisowi wilkołaki przyjęły moją pomoc w dostaniu się do kopalni, nie musiałem też odkrywać zbyt dużo swoich kart. Jednak nasze spotkanie zostało przerwane przez pojawienie się kilku miejscowych wilkołaków ze szczepu Wendigo. Ich przywódca wydawał się mieć jakieś zaszłości z polskimi wilkołakami i wyzwał ich przywódcę na pojedynek. Młody Władca Cieni wydawał się początkowo przegrywać ale ostatecznie Wendigo został zabity. Obserwacja wilkołaków w rytualnym pojedynku była fascynująca. Z pewnością są to przeciwnicy, z którymi należy się liczyć i bezpośrednia konfrontacja nie jest rozsądnym wyjściem.

Po walce reszta kanadyjskich wilków sprzymierzyła się z moimi nowymi znajomymi i ułożony został plan ataku na kopalnię. Dzięki sugestiom Curtisa był on całkiem subtelny. Szamanka oraz dwójka wilków, w tym olbrzym o poznaczonej bliznami twarzy, udała się do kopalni razem z Curtisem pod pozorem chęci przyłączenia się do spaczonych wilków. Wendigo postanowili w odpowiednim momencie wywołać zamieszanie bezpośrednim atakiem. Mi przypadło w udziale przeszmuglowanie reszty grupy w ciężarówce Omnicron Oil. Wszystko poszło zgodnie z planem, tępi strażnicy nie przejrzeli podstępu więc grupa z ciężarówki wymknęła się bez problemów, i zrobili to nadspodziewanie cicho, jak na taką hałaśliwą i kłótliwą bandę. Tymczasem w wyrobisku kopalni Curtis oraz reszta wilkołaków prowadzili negocjacje z przywódczynią wyznawców Żmija.

W chwili ataku Wendigo, olbrzym noszący imię Ernarsson wyjął róg myśliwski i zadął w niego. Rozległ się czysty niski dźwięk i w powietrzu zmaterializowały się zjawy potężnych wilkołaków. Z ich pomocą grupa z łatwością zniszczyła wypaczonych ludzi oraz kamień spoczywający na dnie wyrobiska. Przywódczyni wyznawców Żmija uciekła w Umbrę. Udało się też zyskać dokumenty na temat tego znaleziska, na pewno wgląd do nich pozwoli mi lepiej uczestniczy w realizacji Planu.

Po tym wszystkim plemię kanadyjskich Wendigo chyba zmieniło swoje nastawienie do młodych wilków, wcześniej byli im nieżyczliwi, ale kiedy udało się dowieść, że to nie ich starsi stoją za masakrą szczeniąt w Wendigo w Polsce, Wendigo byli zmuszeni do przyznania racji szczeniakom. Mi pozostało tylko podrzucić kilka informacji o wydarzeniach dotyczących mojej osoby i tutejszych zajść do Arcanum, jestem pewien, że panna Blake zainteresuje się tymi wydarzeniami i zajmie ją to do czasu aż wszystko będzie gotowe.

View
Zapomniany dziennik
Incarna i zmora

Nie wiem sama, ile czekałam na swoją pierszą przyzwaną Incarnę. Pamiętam, że było to przy okazji czegoś, co po czasie mogę określić jako “rytuał przejścia”. Ależ byliśmy zagubieni. Młode wilczki, niewiele jeszcze o czymkolwiek wiedzące, rzucone na pastwę zimy i swoich nie do końca przyjaznych pobratymców – Wendigo (w tym akurat specyficznym czasie opanowanych żądzą mordu). Brzmi pięknie – prawda? A jednak to przeżyłam.

Incarna Luny, wysłana do naszego Caernu w Parku miała sprawdzić, co się stało z sczeniakami Wendigo. Informacje były niepomyślne, ale sama Incarna – jakaż ona była cudowna! Wyglądała jak ludzka postać zrobiona ze światła. Światło to nie było jednak oślepiające ani zbyt jasne – wydawało się, że pulsuje zza przydymionego szkła. Rysy sylwetki miała rozmyte, a po całej postaci pełgało światło we wszystkich odcieniach szarości… istota, w zamian za informację, zażądała oczywiście zaplaty. Oddałam jej część mojej mocy, a ona łapczywie ją wchłonęła i rozmyła się.
Z tego, co nam powiedziała wynikało, że szczeniaki Wendigo w naszym Caernie zostały dobrze przyjęte. Później puszczono je do miasta, by zaczęły poznawać i uczyć się ludzkich obyczajów. Po 24 godzinach nie żyły… Dlatego założono, że to my i dlatego oba Caerny sposobiły się do wielkiej wojny. Z Parku wyruszył do nas Accolon z plemienia Patrzących w Gwiazdy. Arun podróżował przez Umbrę i w niedługim czasie winien przybyć w okolice przełęczy Krodera.
Tymczasem my potrzebowaliśmy odpoczynku. Ja musiałam medytować, aby odzyskać moc, którą oddałam Incarnie, a potem zasnęłam jak głaz. Ale i tamtej nocy nie spałam spokojnie. Obudził mnie Lord twierdząc, że nasz pennsjonat jest obserwowany. I był – przez Curtisa Warrella – wilkołaka, którego pozaliśmy w barze. Udało się umówić z nim spotkanie na rano.
Następnie moja wataha udała się do Diany – nie wiem, jak i czemu się tam znaleźli, ale ja zasnęłam w Umbrze zwinięta w mały, ciasny kłębek. I zapewne spałabym nadal, gdyby nie nawoływania Aurory. Poderwałam się i Umbrą dotarłam do watahy. Okazało się, że na dziecku Diany żeruje zmora. Próbowali je leczyć, a ja siedziałam w Umbrze słuchając Tycjany – na wpół obłąkanego dziecka Gai. Aby pozbyć się zmory spróbowałam odprawić rytuał – trzeba było wezwać to paskudztwo i je zabić. Zmory jednak nie są głupie. Tak konkretna wiedziała, że jak ma mocną kartę przetargową – “Ruszcie mnie, a mały umrze”. W porównaniu do pięknej Incarny taka zmora to naprawdę straszna rzecz. Gdybym nie widziała brzydszych rzeczy w życiu mogłabym ją nawet nazwać kwintesencją brzydoty – wyglądała jak nieregularnych kształtów sakwa czy wór, wypełniony tłuszczem. Po długich i ciężkich bojach chłopca udało się uratować.
Noc była już za nami.

View
Nici prowadzą do Kanady

Jestem już blisko. Mam nadzieję, że mój mały wypad do Kanady odwróci uwagę pani Blake. Upewniłem się, że tylko moja męska forma była widziana na lotnisku w Toronto, cała podróż została starannie zaplanowana aby ją zwieść. Nie było czasu aby przedsięwziąć jakieś poważniejsze kroki, ale to powinno wystarczyć. Z tego co wiem to nadgorliwa łowczyni nie wie jeszcze o mojej żeńskiej formie. I miejmy nadzieję, że nie będzie wiedzieć jeszcze długo. Cała zasadzka tego wymaga, a ten wypad zapewni mi wystarczająco dużo czasu aby wszystko przygotować. Podczas gdy pani Blake będzie bezskutecznie szukać mnie w Kanadzie ja przygotuję zasadzkę w Polsce. W końcu i tak za mną tam podąży.

Tymczasem czas wziąć się do roboty. Królowa zesłała mi wizję wielkiego obłego minerału, znajdującego się w odkrywkowej kopalni w miasteczku pośrodku pustkowi Kanady, nawet w najśmielszych snach nie śmiem przypuszczać, że może to być jej więzienie, ale ten twór jest w jakiś sposób ważny dla mojej Królowej, dlatego zamierzam to zbadać. Kopalnia jest silnie chroniona, a raczej była ponieważ dzisiaj po południu doszło do pewnego incydentu. Grupa Ovid zaprzedanych Żmijowi starła się ze swoimi krewnymi, w całym zamieszaniu brał również udział prastary Niedźwiedź zamieszkujący te okolice. Szczeniaki praktycznie uratowały mu życie, niestety reszta ich sfory przybyła za późno aby uratować jednego z nich. Jednak wydaje się, że Niedźwiedź pragnie użyć największego daru jaki posiada jego rasa i przywrócić szczeniakowi życie. To szlachetny gest ale z moich nielicznych informacji na ten temat wynika, że to bardzo niebezpieczny proces i może równie dobrze skończyć się zgonem tej prastarej istoty.

Jednak to zamieszanie służy moim celom, wyznawcy Żmija pilnujący kopalni są osłabieni a pozostałe wilki wydają się być więcej niż chętne do ataku na kopalnię. Jestem pewien, że uda mi się przekonać je do przyjęcia mojej pomocy. W ten sposób uda mi się dostać do przedmiotu nawiedzającego mnie w wizjach, z pewnością Królowa objawi mi co należy z nim zrobić. Czas działać.

View
Zgromadzenie wojenne Septu Krwawiącego Księżyca
Dzienniki Arcanum

Nazywam się Cecyl Bolowski. Jestem uczonym Arcanum i mam nadzieję, że te notatki trafią do moich kolegów. Zapisuję te słowa w pośpiechu, gdyż moje życie z pewnością wkrótce dobiegnie końca.
Doszło do mojej uwagi, że na obserwowanym przeze mnie terenie Parku Chorzowskiego dochodziło do dziwnego zachowania odwiedzających go ludzi. Od dawna nasze stowarzyszenie podejrzewało, że znajduje się tam miejsce ważne dla Lykantropów – Cearn. Teraz już wiem, że mieliśmy rację. Zmiennokształtni prowadzą teraz jakieś rytualne zgromadzenie. Wszyscy są w swoich potężnych i imponujących formach bojowych. Wywołuje to we mnie uczucie pierwotnego lęku. Obrazy ich przemiany śniłyby mi się do końca życia w koszmarach. Jednak podejrzewam, że nie ujrzę kolejnego świtu.
Obecnie wilkołaki oddają się pieśniom. Słowa mieszają się z wyciem i warczeniem. Udaje mi się czasem rozpoznać pojedyncze słowa i choć szczegóły mi umykają, to sądzę, że jest to forma powitania połączonego ze wspomnieniami o dawnych bohaterach. Lykantropii podzieleni są na grupy, które po kolei przedstawiają siebie, swoje osiągnięcia i opowieści o swoich przodkach. Pięć starszych wilków ocenia je i warknięciami określa swoje zadowolenie lub nie.
Od tygodnia ludzie odwiedzający park zawsze omijali jego szczególną część. Zdawałem sobie sprawę, że ten gęsty gaj cieszył się złą sławą. Mimo to postanowiłem sprawdzić to podejrzane zachowania. Ja również miałem sporo opory przed wejściem w ta część parku. Zajęło mi większą część popołudnia pokonanie mojej podświadomości i przemożenie tej szczególnej energii próbującej powstrzymać mnie przed wejściem. Już wtedy wiedziałem, że nie powinienem zapuszczać się tam przy świetle księżyca. Jak zwykle moje ciekawość okazała się silniejsza.
Lykantropii rozpoczęli drugi etap zgromadzenia. Młodzi teraz wyzywają się nawzajem i walczą między sobą. To przerażające, gdy obserwuję ich ogromne cielska ścierające się w walce. A najbardziej przerażające jest obserwowanie, jak głębokie rany po pazurach zasklepiają się w sekundy nie pozostawiając ani śladu oprócz sklejonego krwią futra. Choć brutalne i na pierwszy rzut oka prymitywne, te walki zdają się posiadać większe znaczenie niż proste ćwiczenia lub wybór głównego samca. Obserwajca otoczenia doprowadziła mnie do wniosku, że walki te są na równie na pokaz dla starszy, co dla przybywających w coraz większych ilościach duchów spoza Membrany.
Zmiennokształtni zamknęli mnie w jakiejś formie magicznego lub duchowego więzienia. Ściany są niewidzialne niezależnie od kąta pod jakim na nie patrzę. Nie mają również zapachu. Posiadają lekko krówkowy posmak. Ściany są wyższe niż mogę sięgnąć lub podskoczyć, ale nie stanowią podłogi – fakt ten wykorzystam do zakopania moich zapisków w nadziei, że odnajdzie je jeden z moich kolegów po fachu – nie ma też sufitu, przynajmniej na wysokość, na którą potrafię podrzucić kamień.
Rytualne walki zakończyły się. Udało mi się w końcu obliczyć, że na miejscu znajduje się trzydziestu ośmiu lykantropów. Wszystkie siedzą w trzech kręgach. Pomiędzy nimi widać dziwaczne sylwetki prawie zmaterializowanych duchów. Ciężki i słodki zapach wskazuje, że membrana jest niezwykle cienka w tej okolicy. Wilkołaki dyskutują. Mimo że pozostają w formie bojowej, to ich głosy stały się spokojniejsze i bardziej zrozumiałe.
Ich rozmowa jest raczej dyskusją taktyczną. Jak rozumiem obecni tu należą do Szczepu Krwawiącego Księżyca. Ich problem dotyczy Szczepu Zimowego Wichru, które nazywają inaczej Wendigo. Zrozumiałem tylko kilka głosów sprzeciwu przeciwko walce z nimi. Jedna z samic – nie sądzę, aby określenie suka było tu na miejscu – była szczególnie zaciekła w tej kwestii. Twierdziła, że należy najpierw spróbować negocjacji i rozmowy. Wydaje się, że nazywali ją Gabrielą – nie spodziewałem się, że lykantropii posługują się tego typu imionami. Szybko jednak wszyscy założyli, że walka jest nieunikniona. Decydowali między planem obrony tego miejsca – wizja bitwy między dwoma grupami lykantropamii w centrum Parku Chorzowskiego wydaje mi się zupełnie nierealna, ale naprawdę chciałbym to zobaczyć – czy przypuścić atak prewencyjny. Ostatecznie stanęło na tym drugim – największym zwolennikiem tego był wilkołak o złotym futrze z plamami łysizny, mówili na niego Buszujący.
Jeden z wilkołaków zakończył zgromadzenie. Wyciągnął ogromny miecz i gdy od strony księżyca spłynęło na niego krwistoczerwone światło – poprzedziło to pół minuty ogólnego mruczenia, które rezonowało w centrum mojego jestestwa – zakrzyknął: „Jesteśmy krwią Luny! Niech krew naszych wrogów splami nasze futra! Niech światło księżyca ujrzy ich śmierć! Niech nasze pazury zagłębią się w ich ciała! Chwała Krwawiącej Lunie!”

Czas zakopać ten dokument. Mam nadzieję, że moja lekkomyślność, która doprowadziła do przyjścia tutaj i uwięzienia przez wilkołaki przyniesie wiedzę do Wielkich Bibliotek Arcanum.

14 grudnia 2015
prof. dr hab. Cecyl Bolowski

View
Narlthus

Udaliśmy się na spotkanie z Curtisem Warrellem. Wilkołak chciał abyśmy udali się do Caernu Tancerzy Czarnej Spirali, tamtego dnia w kamieniołomie miał mieć miejsce jakiś plugawy rytuał. Dzięki temu w Caernie miało pozostać tylko kilku strażników. Naszym zadaniem było dowiedzieć się jak najwięcej na temat ich działań.

Zanim wyruszyliśmy do lasów Kanady, wataha postanowiła pomóc mi we włamaniu do biur Grend Enterprises, poprzedniego właściciela kopalni, która wydaje się być osią wydarzeń. Chciałem zbadać to miejsce, bo miałem nadzieję, że dowiem się czegoś więcej. Moje podejrzenia okazały się słuszne. Biuro było zabite deskami i definitywnie opuszczone. Jednak przypadkiem w środku znaleźliśmy cztery Fomory, które próbowały podpalić to miejsce. Z racji, że ja oraz Cheveyo użyliśmy tradycyjnego sposobu, i weszliśmy otwierając zamek. Reszta razem z Zoyą przeszła tam w Umbrze. Walka z Fomorami była, krótka, udało nam się ich zaskoczyć i po kilku chwilach obaj spaczeni ludzie byli martwi. W tym czasie Zoya i reszta rozprawiła się ze Zmorami, kontrolującymi ich w Umbrze.

W budynku znaleźliśmy trochę dokumentów, co ciekawe często pojawiało się tam tajemnicze słowi „Narthus”, było w hasłach dostępu do sieci, loginach użytkowników, dosłownie wszędzie. Trochę światała rzucił na to dziennik kierownika kopalnie, który zdradzał objawy postępującego szaleństwa, początkowo skrupulatne zapiski, mające regulować tryb życia człowieka zostały zastąpione przez paplaninę maniaka. Z tego bełkotu udało się nam dowiedzieć, że w kopalni został znaleziony tajemniczy kamień nieznanego pochodzenia. Ogromny głaz o długości 15m musiał mieć wpływ na ludzi, którzy się z nim zetknęli, zwłaszcza kierownika, bo dalsze zapiski to już totalny bełkot. Ostatnim wpis brzmiał „Narthus mnie wzywa!”.

Cała ta sprawa wyglądała podejrzanie, na co zwróciła moją uwagę Aurora. Być może nasz „przyjaciel” nie jest tym, za kogo się podaje. Po powtórnej rozmowie z nim byłem pewien, że łże. Gaja pozwoliła mi przejrzeć jego kłamstwo. Nie ma żadnego rytuału a ta wyprawa to pułapka. Nie daliśmy nic po sobie poznać i opuściliśmy knajpę. Teraz musimy zastanowić się co dalej. Potrzebujemy sojuszników i potrzebujemy dowodów. Musimy pojmać Curtisa , dowiedzieć się co się dzieje w kopalni i skontaktować się z Wendigo za pomocą Billa. Może, jeśli pokarzemy im niezbite dowody to pomogą nam w zniszczeniu tego miejsca i przeszkodzeniu sługom Żmija. Oby tylko gniew i żałoba nie zaćmiły ich osądu…

View
Źle się dzieje w Przełęczy Krodera

Po drodze do Rose’s ktoś próbował mnie śledzić, ale chyba udało mi się go zgubić. Mam przynajmniej taką nadzieję, głupio byłoby się odkryć w ten sposób. Kiedy dotarłem do naszego noclegu, B&B prowadzonego przez uroczą, ale gadatliwą starszą panią okazało się, że incarna wysłana przez Zoyę powróciła z niepokojącymi wiadomościami. Szczeniaki Wendigo naprawdę zostały zabite, co gorsza, jeden z nich został obdarty ze skóry! Kurwa to nie brzmi dobrze, w dodatku nasi starsi zamknęli Caern a Wendigo przygotowują się do wojny. Mamy 10 dni do nowiu, wtedy droga do naszego Caernu stanie otworem dla Wendigo. Musimy jak najszybciej rozwiązać nasze sprawy tutaj i wrócić. Powinniśmy też skontaktować się z jednym z Ahrounów z naszego szczepu, Accolonem, który wyruszył tutaj z jakąś misją.

W nocy Elmerbash zauważył, że ktoś nas obserwuje. Na szczęście reszta watahy nie wpadła na żaden głupi pomysł, taki jak walka z nim w środku miasta. Zakradli się do niego i kiedy znalazł się w sytuacji bez wyjścia przyznał się do tego kim jest. Jak się okazało, wcześniej rozmawiał w barze z Elmerbashem, który poszedł poszukać Dianne. Jest wilkołakiem, który próbuje strzec tego miasta. Umówiliśmy się z nim następnego dnia, aby porozmawiać.

Rano od uratowanego przeze mnie pijaka, Sylvusa Digvy’ego uzyskaliśmy trochę więcej informacji na temat miasta. Działalność Omnicron Oil i firmy, która kupiła kopalnię uranu wydaje się mocno podejrzana. Silvusowi udało się też opchnąć Tycjanie zdezelowanego Chevy’ego z 1957 roku, heh jeśli uda jej się wydostać tego grata z Kanady to chętnie go wyremontuję. Po śniadaniu udaliśmy się do Diane. Otworzyła nam szczupła murzynka, kiedy wymieniliśmy imię Billa wyraźnie się zrelaksowała. Nie chciała z nami rozmawiać, ale udało nam się ją przekonać, że możemy pomóc jej choremu dziecku. Dziecko było bardzo osłabione i jego symptomy wskazywały na to, że żywi się nim jakaś Zmora. Kiedy tylko Aurora, nasz Galiard postawiła taką diagnozę, Zoya w towarzystwie „Lorda” i Tańczącego z Ogonem przybyła do nas w Umbrze. Postanowiła przyzwać Zmorę, która natychmiast wzięła dziecko za zakładnika. Na szczęście, pomimo nieudolnej próby zastraszenia udało się przekonać spaczonego Ducha aby zostawił dzieciaka w spokoju. To dobrze, nie chciałbym mieć na rękach krwi niewinnego dziecka, a zwłaszcza dziecka przyjaciółki niedźwiedziołaka.

Diane również udzieliła nam kilku ciekawych informacji, wygląda na to, że korporacje będące pod kontrolą Pentexu wyraźnie szukają czegoś w kopalni. Transporty zwożą coraz to nowszy ciężki sprzęt, ale ciężarówki wracają puste. Nikt z pracujących tam nie pojawia się w miasteczku, jedynie kierowcy czasem zatrzymują się na posiłek. To może być nasza droga wejścia. Tymczasem mam zamiar włamać się do starego biura kopalni, może będą tam jakieś informacje na temat tego co zwróciło uwagę Pentexu.

Po południu mamy spotkać się z Curtisem, wilkołakiem z baru. Może on będzie mógł rzucić na sprawę trochę więcej światła. Według Diane często jeździ na północ i obserwuje transporty. Tym czasem mam wrażenie, że kręcimy się w koło. A czas ucieka…

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.