Rage across Silesia

Rage Across Silesia Sesja 1

Po długim czasie, starsi naszego septu postanowili, że ja i inne szczęnięta jesteśmy gotowi do Rytuału Przejścia. Zostaliśmy pozostawieni samym sobie w strzeżonym magazynie aby medytować nad tą chwilą. Kiedy przyszła odpowiednia chwila Starsi poprowadzili nas do serca Caernu gdzie zebrał się cały sept. Nasi teurgowie odprawili rytuał Księżycowego Mostu, który miał przenieść nas na drugą stronę Ziemi, w pobliże Toronto.

Kanada przywitała nas przejmującym wiatrem i zimową pogodą. Zostaliśmy zaprowadzeni do legowiska przygotowanego dla nas przez wilkołaki z septu Zimowego Wichru. Kątem oka zobaczyłem, że zanim most się zamknął przeprowadzone przez niego zostały szczenięta tegoż septu. Dostaliśmy ciepłe legowisko i dość opału aby się ogrzać. Ustanowiliśmy warty przy ogniu i poszliśmy spać.

Nad ranem zbudziło nas zamieszanie i hałasy na zewnątrz naszego namiotu. Kiedy wyszedłem przed wejście, zobaczyłem wilkołaka zwanego Lodowym Nożem, idącego w naszym kierunku z obnażonym klaive’em. Zastąpił mu drogę jeden ze starszych, usłyszeliśmy, że szczeniaki naszych gospodarzy zostały zabite w naszym rodzinnym sepcie. Próbowaliśmy uzyskać wyjaśnienia i zaoferować pomoc ale nie chciano nas wysłuchać. Pośpiesznie opuściliśmy sept i postanowiliśmy skierować się do najbliżeszego ludzkiego osiedla aby znaleźć inny niż Księżycowy Most sposób na powrót do domu.

Po kilku godzinach zatrzymaliśmy się aby Zoya mogła odprawić rytuał Przyzwania Ducha, który miałby potwierdzić informacje, które uzyskaliśmy od kanadyjskich wilkołaków. W tym czasie nasi Ahrouni wybrali się na polowanie. Podczas łowów zostali zaatakowani przez niedźwiedzia, który zostął opętany przez Zmorę.

Podczas dalszej podróży w kierunku ludzkich osiedli nawiedziły nas duchy, były to zmarłe tutaj młode wilkołaki. Czym prędzej przenieśliśmy się do Umbry aby móc z nimi porozmawiać. Duchy powiedziały nam o tym, że na północy panoszą się stworzenia Żmija. W zamian za informacje chciały abyśmy podarowali im honorową śmierć w walce aby wreszcie zaznały spokoju.

View
Adventure Log

Ostatecznie, aby zachęcić was do opisywania sesji będę przyznawał 1 punkt doświadczenia za to.
Tutaj lub przy swoich postaciach możecie również zamieścić swoje preludia, jeśli ktoś już coś napisał. To też będzie wynagrodzone PD-ekami.

View
Rage Across Silesia Sesja 2

Kiedy ostatni z Duchów zagubionych w tej opuszczonej przez Tkaczkę dziczy odnalazł spokój i opuściliśmy Umbrę i postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę, w kierunku przełęczy. Po drodze odnaleźliśmy jeszcze jednego szczeniaka, metysa ze szczepu Wendigo, zapewne wygnanego z powodu swojego pochodzenia, postanowiliśmy go przygarnąć. Okazało się to dobrym pomysłem ponieważ pogoda wkrótce zaczęła się pogarszać. Niebo zasnuły chmury i zerwał się lodowaty wiatr.

Postanowiliśmy znaleźć jakieś schronienie, najlepiej jamę pozostałą po jakimś niedźwiedziu. Podążyliśmy tropem na południe, gdzie napotkaliśmy kolejne cztery biedne, wykręcone i spaczone przez Żmija stworzenia. Razem z Zoyą i Aurorą przenieśliśmy się do Umbry aby spróbować zniszczyć Zmory nawiedzające te nieszczęsne zwierzęta. W tym czasie nasi wojownicy rozpoczęli walkę z ich oszalałymi nosicielami. Pokonaliśmy te stworzenia, ale nie obyło się bez kilku ran. Tymczasem pogoda popsuła się doszczętnie.

Mimo zamieci udało nam się znaleźć jaskinię, w samą porę ponieważ Zoya straciła przytomność z powodu zimna i wyczerpania. Większość watahy skupiła się w jaskini wokół naszej szamanki aby pomóc utrzymać jej resztki ciepła podczas gdy ja z ahrounami wybraliśmy się zebrać drewno na opał. Trochę to trwało ale udało nam się zebrać dość aby wystarczyło do rana. Kiedy zrobiło się już względnie ciepło (ha! Na tym zadupiu chyba nawet nie znają takiego słowa), nasze naturalne zdolności regeneracyjne mogły w końcu działać bez przeszkód.

Kiedy szamanka odzyskała przytomność ognisko już prawie się wypaliło, jednak pogoda wcale nie miała zamiaru się poprawić, postanowiliśmy poszukać mistycznej pomocy po raz wtóry. Przyzwany Duch zimy zgodził się przysłać nam pomoc w zamian za oddanie przysługi istocie, która po nas przybędzie. Przybyszem okazał się być Ghural, niedźwiedziołak, który próbuje uleczyć te spaczone przez Żmija ziemie, w zamian za to Wendigo pozwalają mu żyć. Jednak wieczny lód tych okolic zdaje się dosięgać ich umysłów ponieważ nie słuchają żadnych rad tej potężnej i starej istoty. Mam zamiar zaproponować mu przeniesienie się do Polski, na nasze ziemie, z pewnością znajdzie tam wystarczająco dużo dzikości aby zaspokoić swoje potrzeby, nie będzie też nękany przez głupców. A taka istota jak on, może być potężnym sprzymierzeńcem. Ghural, jako zapłatę za pomoc zarządał od nas tylko opowieści o tym co dzieje się na świecie, niska cena za uratowanie nam życia. Mam nadzieję, że moja wataha zobaczy mądrość w tym aby zamieszkał na naszych ziemiach.

View
Kanada cd
Zoya w objęciach mrozu

Zimno, ciągle zimno. Przytulanie się do duchów jednak nie było dobrym pomysłem. Czułam się jak kupka nieszczęścia. Nawet moja pierwotna forma nie dawała ciepła i oparcia… Druga kupka nieszczęścia tuż obok. Ale dużo, dużo większa. To Wendigo. Metys. Sam, wśród tych cholernych ostępów. Wataha zdecydowała, żeby go przygarnąć. Od początku wiedziałam, że z jego współplemieńcami coś jest nie tak… Cholerne Wendigo.
A duchy milczą. Potężna incarna, przywołana kosztem mojej gnozy i woli, nie wraca. Czyżyby duch nas zawiódł, oszukał? A może tam rzeczywiście toczy się wojna…
Jest tak zimno, że koniecznie musimy znaleźć schronienie. Idziemy na południe. Cuchnie żmijem. Jakiś czas później okazuje się, że nie bez powodu. Na drodzę stają nam cztery wielkie, żądne krwi, spaczone niedźwiedzie. Próbuję się zamienić w Crinosa, idzie mi to, jak często zresztą, nieudolnie. Zotaje w formie Hispo. I tak jestem mała i słaba. Wiem, że niewiele wskóram w starciu z samymi niedźwiedziami, razem z Aurorą i Przemysłem, który “Kolankiem” jest zwany (!) przenosimy się więc do Umbry. Tutaj czuję się znacznie pewniej. A rozproszone atakiem w Ubrze zmory mają trochę trudniej walczyć z tymi, którzy zostali.
Walka nie trwa długo. Tak na prawdę to Aurora z Kolankiem atakują. Ja się staram. Obrywam trochę, ale zimno kąsa bardziej. Wracamy. Truchła niedźwiedzi ubryzgały posoką śnieg. Nie da się ich zjeść. Śmierdzą. To bardzo źle.
Razem z Aurorą wytyczamy droge do jaskini, ale czuję, że jestem wyczerpana. I jet zimno, tak bardzo zimno…. Potem jest ciemno, wołają mnie duchy…
Obudziłam się cała ścierpnięta. Tlił się słaby ogień, a ja leżałam przygnieciona przez trzech dorodnych samców. Normalnie taka sytuacja być może by mi sie podobała, ale pośrodku niczego, bez ciepła i jedzenienia chyba nie byłam w stanie cieszyc się chwilą.
Pogoda nadal nie poprawiała się. Incarna z wiadomościami nie wracała. Sytuacja zdawała się patowa.
Jeszcze raz postanowiłam skorzystać z pomocy duchów. Długo odprawiałam rytuał. Żaden duch ognia w tej sytuacji nie przybędzie, trzeba było mi więc szukać najbliżej. Duch zimy przybył. Gdyby nie to, że był duchem zimy właśnie, lodowych zamieci i wszytkiego, co kojarzy się z ujemną temperaturą i głodem, uzanłabym go za pięknego. Wyglądał jak miriady drobnych, lodowych płatków krążących po spirali…
Zgodził się nam pomóc – albo raczej – sprowadzić pomoc w zamian, za co mieliśmy oddać przysługe temu, który przybedzie.
Nie minęło wiele czasu, a u wylotu jaskini ujrzeliśmy Ghurala. Wielki, zwalisty. Ponoć nasze rasy za sobą nie przepadają, ale ten był wyjątkowo przyjazny.
Przeprowadził nas przez Umbrę do swojej ciepłej i przytulnej chatki, dał nam najeść się do syta, opowiadał o problemach z miejscowymi wendigo, ktorym zimno najwyraźniej całkiem wyżarło mózgi. Jedyne, czego chciał w zamian to opowieści….

View
Pradawny Niedźwiedź, Pościg i Cywilizacja

Wreszcie ciepło…
Chata Ghurala jest przytulna choć pozbawiona choćby najprostrzych udogodnień technicznych. Mimo to jest nam ciepło i zostaliśmy uraczeni doskonałym jedzeniem, źródlaną wodą i miodem. Po posiłku i opowieściach Bill wysłuchał mojej propozycji ale nie wydaje się zbyt chętny do opuszczenia tego miejsca, przynajmniej bez naszych Starszych popierających me słowa. Rozumiem jego wahanie mam jednak nadzieję, że Starsi zobaczą mądrość w moich czynach. Bill poczynił też ciekawą sugestię, której muszę przyznać, nie brałem pod uwagę. Może cała ta sytuacja jest częścią testu, może zostało to zaaranżowane przez Starszyznę abyśmy traktowali swoją sytuację poważnie?

Nazajutrz po śniadaniu moje wątpliwości zostały rozwiane. Chatę Billa odwiedził Lodowy Nóź, jeden z Wendigo, który chciał nas zabić. To pozwala mi wątpić, że cała sytuacja została ukartowana i stało się coś poważnego. Jednak ciągle mam nadzieję, że to nie prawda, a jeśli tak to ufam, że nasi Starsi mieli cholernie dobry powód aby uczynić coś takiego. Bill nie zdradził nas, co oznacza, że nie myliłem się w stosunku do niego. Po odejściu Lodowego Noża ja i Zoya odwiedziliśmy Umbrę aby sprawdzić, czy Wendigo nie zostawili czujek. Oczywiście chata Billa była obserwowana. Co ciekawe zamieć, która zagnała nas do chaty Ghurala nie miała odbicia w Umbrze, jak twierdzi Zoya to znaczy, że została magicznie wywołana. Podejrzewam Wendigo, ale w tej dziczy to mogło być cokolwiek. Wiele nadnaturalnych istot potrafi kontrolować pogodę. Postanowiliśmy opuścić chatę Billa. Niestety mój plan zrobienia tego dyskretnie został zniweczony przez Zoyę i Tycjanę, które postanowiły „porozmawiać” ze zwiadowcą. Już wolałbym aby Tańczący z Ogonem odgryzł mu ucho. To byłoby lepsze rozwiązanie, pewnie nawet lepsze niż mój pomysł. Nie muszę nadmieniać, że zwiadowca jak tylko zauważył naszego Teurga oraz nadpobudliwe Dziecię Gai opuścił Umbrę i pobiegł powiadomić resztę, a myślałem, że rozmawiający z duchami powinni być obdarzeni mądrością. Kurwa…

Musieliśmy uciekać, pomimo niewielkiej przewagi ledwo uszliśmy z życiem. Pogoń udało się nam zgubić dopiero przed samym miasteczkiem, Przełęczą Krodera czy jakoś tak. Dobrze móc znów być wśród ludzi i cywilizacji i duchów Tkaczki. Chociaż pogoń miała w sobie prymitywne piękno, połacie lasu, pola pełne śniegu i bieg… Chyba moje plemię zbyt często zapomina o swojej zwierzęcej naturze.

W miasteczku rozdzieliliśmy się, jako że tylko trójka z nas mówi po angielsku (lub francusku w przypadku naszej wszędobylskiej Ahrounki) to Elmerbash i dzikusy poszli zorganizować nocleg w jednynym pensjonacie w mieście a ja i Tycjana poszliśmy zrobić niezbędne zakupy. Jak na złość stacja należała do Omicron Oil, korporacji powiązanej z Pentexem, cóż potrzeba każe nam robić, różne rzeczy, których się potem wstydzimy. Niestety z powodu burzy telefony nie będą działały, a połączenie kablowe zostało zerwane więc nasz główny cel nie został osiągnięty. Za to mamy więcej ciepłych ubrań i trochę alkoholu i słodyczy na poprawę humorów.

Wychodząc ze stacji zauważyłem obdartego mężczyznę, który wykrzykiwał obelgi w stronę kamery, zobaczyłem też, że zbliża się do niego dwóch pracowników stacji. Odesłałem Tycjanę z zakupami do reszty i postanowiłem pomóc temu biednemu stworzeniu, mam nadzieję uzyskać dzięki temu jakieś informacje na temat sytuacji w mieście. Porównanie wyglądu miasta w rzeczywistości i w Umbrze daje do myślenia. Może ten facet będzie coś wiedział. Udało mi się przekonać ludzi z Omicron Oil aby go zostawili, nie bez pomocy darów niestety. Mam nadzieję, że to mnie nie zdradziło. Teraz czas dowiedzieć się co się tutaj dzieje, im szybciej zrobimy to jest do zrobienia, tym szybciej wrócimy na Śląsk i do domu, do Połykającego Asfalt i dalszej pracy…

View
Bogowie, nadal Kanada!
Liczne dowody mądrości Teurga

Chatka Billa była ciepła i przytulna. Było jedzenie, kąt do spania – słowem wszystko, czego mogłam wtedy zapragnąć. Oprócz poczucia bezpieczeństwa oczywiście…
Kolanko lub, jak kto woli, Tańczący czy Gadający z Maszynami (czyżby pozazdrościł Tańczącemu z Ogonem?) bardzo chciał zaadoptować ghurala. Ghural jednak wcale nie chciał zostać adoptowany i mimo namawiania i kilku całkiem jak dla mnie logicznych argumentów, postanowił zostać w swojej chacie i strzec tej ziemi.
Długo zastanawialiśmy się nad wymarszem. Pogoda nadal nie sprzyjała. Było w niej coś dziwnego. Zajrzałam więc do Umbry. Przeczucia mnie nie zawiodły – śnieżna burza szalejąca w normalnym świecie w Umbrze nie istniała. Miała więc powód nienaturalny. Ktoś mącił przy pogodzie, ale nie sposób było dowiedzieć się gdzie i kto… Za słaba byłam na to, żeby mierzyć się z takimi siłami.
Następnego dnia nasze domysły, czy aby nie zostaliśmy po prostu wystawieni na próbę, czy niej jest to właśnie nasz obrzęd przejścia, zostały rozwiane. Jeśli myśleliśmy, że Wendego mogą udawać – dostaliśmy dowód, że tak nie jest. Poszukiwano nas. Chatę ghurala odwiedził Lodowy Nóż. Szukał zemsty za swoje pomordowane przez naszych Starszych dzieci. Nadal nie mogłam uwierzyć, że najmądrzejsi i najpotężniejsi ludzie naszego Cernu mogli to zrobić. A jednak w sytuacji, w której się znaleźliśmy, musieliśmy po prostu przyjąć to za fakt – przynajmniej póki nie pojawi się kapryśna Incarna i nie odkryje nam, co się naprawdę stało.
Musieliśmy uciekać. Wiedzieliśmy już, że chata Billa jest obserwowana, a aura nie pozwoli nam wydostać się z niej normalną drogą. Zapadła decyzja – skorzystamy z Umbry. Ponownie się w nią zanurzyłam, zabierając ze sobą Tańczącego z Maszynami i Tycjanę.
Tu też wystawiono straże.
Możemy spróbować rozmawiać z osobnikiem pilnującym wyjścia, możemy go zabić albo postarać się przedostać niezauważenia. A jak jest za dużo opcji to zawsze jest kłótnia, która trwa, zdawałoby się w nieskończoność. Każdy z nas miał inną wizje ucieczki. Bill wiedząc, że go opuszczamy, podarował nam rzecz bardzo wartościową i unikatową – Róg Fenrisa, dzięki któremu w największych opałach zastęp sług Fenrisa przyjdzie nam z odsieczą. Róg zabrał Ernarsson –Ahroun, Pomiot Fenrisa.
W tym czasie nasz problem rozwiązał się sam – w najgorszy chyba możliwy sposób, ale jednak. Tycjana, znana ze swojej popędliwości, po prostu opuściła dom ghurala w Umbrze. Ja za nią. A całe reszta została w ten sposób pozbawiona wyboru. W jednej sekundzie strażnika już nie było – wzywał pomoc. A my mieliśmy już tylko jedno wyjście – wiać i to szybko.
Biegliśmy na złamanie karku, a pościg mieliśmy cały czas na długość ogona. Żeby było solidarnie dostosowywaliśmy tempo do najwolniejszego. Patrząc z perspektywy to tez nie był najlepszy pomysł, ale czego się nie robi dla watahy. Wielki basior, Ernarsson, potknął się, zaraz za nim drugi z olbrzymów – Tańczący z ogonem. Tak to jest jak się inwestuje w masę.
Jakimś cudem jednak umknęliśmy, dotarliśmy do cywilizacji i wyszliśmy z Umbry okrążywszy małe miasteczko.
Jako, że nie posiadam zbytnio social skili byłam już nieprzydatna. Mieliśmy znaleźć niejaką Diane, pracownicę karczmy, i zakwaterować się w Roses Place – jedynym hotelu w tej dziurze. Nic z tego co mówiono nie zrozumiałam, stałam więc i uśmiechałam się – raczej głupio niż przyjaźnie. Elmerbash chyba wszystko dobrze załatwił, bo zostaliśmy wpuszczeni do środka i nawet przygotowano mi kąpiel. Kąpiel to jedna z najprzyjemniejszych chwil w byciu człowiekiem… Tymczasem Tycjana z Gadającym udali się w stronę zachodzącego słońca, co by nam jakiś wikt załatwić.

View
Ooo Canada
Stajemy się watahą

Spanie w chacie niedźwiedziołaka, pff. Dlaczego ja się w ogóle na to zgodziłem? Te wesołe małe pieski zdają się w ogóle nie mieć pojęcia o naszej historii! Mogłyby mnie kiedyś posłuchać i pomyśleć o tym co zrobiłby prawdziwy wilkołak. Dobrze, że moi przodkowie tego nie widzą, nie wiem jakbym się miał z tego wytłumaczyć.
Bill… pfff wygląda całkiem jak Bill, taki prosty drwal, albo farmer. Wielki chłop, całkiem pomocny, ale śmierdzi niedźwiedziem. Dalej nie mogę uwierzyć, że siedzimy w tej chacie. A to nie jest najgorsze, reszta szczeniaków chce go przygarnąć, jakby był bezdomnym kotkiem, zwłaszcza Przemysł. W przekonywaniu brakło mu tylko jednego argumentu „pójdź z nami, a zrobię Ci laskę”. Chociaż, nie wiem czy nie usłyszę tego argumentu prędzej od Tycjany. Mogłaby się choć na chwilę przykryć ogonem. Szczeniaki bez honoru i pamięci dla swoich tradycji.
Siedzimy, a już dawno powinniśmy się stąd zwijać. Wszystko przez tą burzę! Trwała i trwała, aż w końcu padł pomysł, że być może jest magicznie wywołana przez te lokalne wendigo. Zoya weszła w Umbrę i po krótkim mojo odkryła, że tak właśnie jest. Chwilę później dowiedzieliśmy się po co, gdy do drzwi zapukał Lodowy Nóż. Teraz musieliśmy działać i to szybko. Pierwsza rzecz to zebrać dokładne informacje o sytuacji w jakiej się znajdujemy. W tym celu Zoya wraz z Przemysłem weszli do Umbry rozejrzeć się wokół domku. Dowiedzieliśmy się, że w Umbrze zostawili tylko jednego obserwatora i tam postanowiliśmy szukać wyjścia. Pożegnaliśmy się z Billem, który oddał nam w posiadanie róg Fenrisa. Za moją namową grupa postanowiła oddać go naszemu nieco przerośniętemu pomiotowi Fenrisa – Ernarrsonowi. Swój test kompatybilności z rogiem udał mu się za pierwszym razem i zaraz później weszliśmy wszyscy do Umbry w celu wydostania się tędy z Umbry. Razem z Ahrounami i Przemysłem rozważaliśmy opcję obezwładnienia tego Wendigo wykorzystując niesamowity zasięg skoku Tańczącego z Ogonem gdy skacze na swoją ofiarę. Gdy tak rozważaliśmy czy ten plan ma szansę się udać, spuściliśmy na chwilę z oka najbardziej ciekawskiego wilkołaka jakiego nosiła ziemia – Tycjanę, która z Zoyą pod ręką, po prostu wyszła zapytać Wendigo po co tam stoi. Tu sprawa stała się już bardzo prosta i bardzo dynamiczna. Wilkołak wyskoczył z Umbry po kolegów, a my w tym czasie zamieniliśmy się w wilki i wystartowaliśmy w stronę miasteczka.
Nie znam tych jeszcze tych szczeniaków zbyt dobrze, ale czuję że będzie z nas dobra wataha. Mimo, że pościg przez długi czas prawie deptał nas po ogonach, to trzymaliśmy się blisko potykającego się często niezdarnego, wielkiego Ernarssona, a i kiedy mnie powinęła się noga to mnie nie opuszczono. Po kilku godzinach, dotarliśmy na miejsce i rozdzieliliśmy się w celu znalezienia miejsca do spania, jedzenia, polecanego przez Billa kontaktu i kilku rzeczy niezbędnych w cywilizacji. Po to ostatnie poszli Tycjana i Przemysł, a ja przygarnąłem młode wilczki, dla których zachowanie w społeczności ludzi i język inny niż polski jest jeszcze problemem i znalazłem nam bezpieczną, a przynajmniej taką mam nadzieję, przystań u Róży. Sprzedanie starszej pani bajeczki o głupich nastolatkach nie było trudne, ale po tym co na razie doświadczyliśmy w tym kraju trudno mi zadecydować czy w końcu zaczynamy być graczami czy to cały czas nami grają.

View
Źle się dzieje w Przełęczy Krodera

Po drodze do Rose’s ktoś próbował mnie śledzić, ale chyba udało mi się go zgubić. Mam przynajmniej taką nadzieję, głupio byłoby się odkryć w ten sposób. Kiedy dotarłem do naszego noclegu, B&B prowadzonego przez uroczą, ale gadatliwą starszą panią okazało się, że incarna wysłana przez Zoyę powróciła z niepokojącymi wiadomościami. Szczeniaki Wendigo naprawdę zostały zabite, co gorsza, jeden z nich został obdarty ze skóry! Kurwa to nie brzmi dobrze, w dodatku nasi starsi zamknęli Caern a Wendigo przygotowują się do wojny. Mamy 10 dni do nowiu, wtedy droga do naszego Caernu stanie otworem dla Wendigo. Musimy jak najszybciej rozwiązać nasze sprawy tutaj i wrócić. Powinniśmy też skontaktować się z jednym z Ahrounów z naszego szczepu, Accolonem, który wyruszył tutaj z jakąś misją.

W nocy Elmerbash zauważył, że ktoś nas obserwuje. Na szczęście reszta watahy nie wpadła na żaden głupi pomysł, taki jak walka z nim w środku miasta. Zakradli się do niego i kiedy znalazł się w sytuacji bez wyjścia przyznał się do tego kim jest. Jak się okazało, wcześniej rozmawiał w barze z Elmerbashem, który poszedł poszukać Dianne. Jest wilkołakiem, który próbuje strzec tego miasta. Umówiliśmy się z nim następnego dnia, aby porozmawiać.

Rano od uratowanego przeze mnie pijaka, Sylvusa Digvy’ego uzyskaliśmy trochę więcej informacji na temat miasta. Działalność Omnicron Oil i firmy, która kupiła kopalnię uranu wydaje się mocno podejrzana. Silvusowi udało się też opchnąć Tycjanie zdezelowanego Chevy’ego z 1957 roku, heh jeśli uda jej się wydostać tego grata z Kanady to chętnie go wyremontuję. Po śniadaniu udaliśmy się do Diane. Otworzyła nam szczupła murzynka, kiedy wymieniliśmy imię Billa wyraźnie się zrelaksowała. Nie chciała z nami rozmawiać, ale udało nam się ją przekonać, że możemy pomóc jej choremu dziecku. Dziecko było bardzo osłabione i jego symptomy wskazywały na to, że żywi się nim jakaś Zmora. Kiedy tylko Aurora, nasz Galiard postawiła taką diagnozę, Zoya w towarzystwie „Lorda” i Tańczącego z Ogonem przybyła do nas w Umbrze. Postanowiła przyzwać Zmorę, która natychmiast wzięła dziecko za zakładnika. Na szczęście, pomimo nieudolnej próby zastraszenia udało się przekonać spaczonego Ducha aby zostawił dzieciaka w spokoju. To dobrze, nie chciałbym mieć na rękach krwi niewinnego dziecka, a zwłaszcza dziecka przyjaciółki niedźwiedziołaka.

Diane również udzieliła nam kilku ciekawych informacji, wygląda na to, że korporacje będące pod kontrolą Pentexu wyraźnie szukają czegoś w kopalni. Transporty zwożą coraz to nowszy ciężki sprzęt, ale ciężarówki wracają puste. Nikt z pracujących tam nie pojawia się w miasteczku, jedynie kierowcy czasem zatrzymują się na posiłek. To może być nasza droga wejścia. Tymczasem mam zamiar włamać się do starego biura kopalni, może będą tam jakieś informacje na temat tego co zwróciło uwagę Pentexu.

Po południu mamy spotkać się z Curtisem, wilkołakiem z baru. Może on będzie mógł rzucić na sprawę trochę więcej światła. Według Diane często jeździ na północ i obserwuje transporty. Tym czasem mam wrażenie, że kręcimy się w koło. A czas ucieka…

View
Narlthus

Udaliśmy się na spotkanie z Curtisem Warrellem. Wilkołak chciał abyśmy udali się do Caernu Tancerzy Czarnej Spirali, tamtego dnia w kamieniołomie miał mieć miejsce jakiś plugawy rytuał. Dzięki temu w Caernie miało pozostać tylko kilku strażników. Naszym zadaniem było dowiedzieć się jak najwięcej na temat ich działań.

Zanim wyruszyliśmy do lasów Kanady, wataha postanowiła pomóc mi we włamaniu do biur Grend Enterprises, poprzedniego właściciela kopalni, która wydaje się być osią wydarzeń. Chciałem zbadać to miejsce, bo miałem nadzieję, że dowiem się czegoś więcej. Moje podejrzenia okazały się słuszne. Biuro było zabite deskami i definitywnie opuszczone. Jednak przypadkiem w środku znaleźliśmy cztery Fomory, które próbowały podpalić to miejsce. Z racji, że ja oraz Cheveyo użyliśmy tradycyjnego sposobu, i weszliśmy otwierając zamek. Reszta razem z Zoyą przeszła tam w Umbrze. Walka z Fomorami była, krótka, udało nam się ich zaskoczyć i po kilku chwilach obaj spaczeni ludzie byli martwi. W tym czasie Zoya i reszta rozprawiła się ze Zmorami, kontrolującymi ich w Umbrze.

W budynku znaleźliśmy trochę dokumentów, co ciekawe często pojawiało się tam tajemnicze słowi „Narthus”, było w hasłach dostępu do sieci, loginach użytkowników, dosłownie wszędzie. Trochę światała rzucił na to dziennik kierownika kopalnie, który zdradzał objawy postępującego szaleństwa, początkowo skrupulatne zapiski, mające regulować tryb życia człowieka zostały zastąpione przez paplaninę maniaka. Z tego bełkotu udało się nam dowiedzieć, że w kopalni został znaleziony tajemniczy kamień nieznanego pochodzenia. Ogromny głaz o długości 15m musiał mieć wpływ na ludzi, którzy się z nim zetknęli, zwłaszcza kierownika, bo dalsze zapiski to już totalny bełkot. Ostatnim wpis brzmiał „Narthus mnie wzywa!”.

Cała ta sprawa wyglądała podejrzanie, na co zwróciła moją uwagę Aurora. Być może nasz „przyjaciel” nie jest tym, za kogo się podaje. Po powtórnej rozmowie z nim byłem pewien, że łże. Gaja pozwoliła mi przejrzeć jego kłamstwo. Nie ma żadnego rytuału a ta wyprawa to pułapka. Nie daliśmy nic po sobie poznać i opuściliśmy knajpę. Teraz musimy zastanowić się co dalej. Potrzebujemy sojuszników i potrzebujemy dowodów. Musimy pojmać Curtisa , dowiedzieć się co się dzieje w kopalni i skontaktować się z Wendigo za pomocą Billa. Może, jeśli pokarzemy im niezbite dowody to pomogą nam w zniszczeniu tego miejsca i przeszkodzeniu sługom Żmija. Oby tylko gniew i żałoba nie zaćmiły ich osądu…

View
Zgromadzenie wojenne Septu Krwawiącego Księżyca
Dzienniki Arcanum

Nazywam się Cecyl Bolowski. Jestem uczonym Arcanum i mam nadzieję, że te notatki trafią do moich kolegów. Zapisuję te słowa w pośpiechu, gdyż moje życie z pewnością wkrótce dobiegnie końca.
Doszło do mojej uwagi, że na obserwowanym przeze mnie terenie Parku Chorzowskiego dochodziło do dziwnego zachowania odwiedzających go ludzi. Od dawna nasze stowarzyszenie podejrzewało, że znajduje się tam miejsce ważne dla Lykantropów – Cearn. Teraz już wiem, że mieliśmy rację. Zmiennokształtni prowadzą teraz jakieś rytualne zgromadzenie. Wszyscy są w swoich potężnych i imponujących formach bojowych. Wywołuje to we mnie uczucie pierwotnego lęku. Obrazy ich przemiany śniłyby mi się do końca życia w koszmarach. Jednak podejrzewam, że nie ujrzę kolejnego świtu.
Obecnie wilkołaki oddają się pieśniom. Słowa mieszają się z wyciem i warczeniem. Udaje mi się czasem rozpoznać pojedyncze słowa i choć szczegóły mi umykają, to sądzę, że jest to forma powitania połączonego ze wspomnieniami o dawnych bohaterach. Lykantropii podzieleni są na grupy, które po kolei przedstawiają siebie, swoje osiągnięcia i opowieści o swoich przodkach. Pięć starszych wilków ocenia je i warknięciami określa swoje zadowolenie lub nie.
Od tygodnia ludzie odwiedzający park zawsze omijali jego szczególną część. Zdawałem sobie sprawę, że ten gęsty gaj cieszył się złą sławą. Mimo to postanowiłem sprawdzić to podejrzane zachowania. Ja również miałem sporo opory przed wejściem w ta część parku. Zajęło mi większą część popołudnia pokonanie mojej podświadomości i przemożenie tej szczególnej energii próbującej powstrzymać mnie przed wejściem. Już wtedy wiedziałem, że nie powinienem zapuszczać się tam przy świetle księżyca. Jak zwykle moje ciekawość okazała się silniejsza.
Lykantropii rozpoczęli drugi etap zgromadzenia. Młodzi teraz wyzywają się nawzajem i walczą między sobą. To przerażające, gdy obserwuję ich ogromne cielska ścierające się w walce. A najbardziej przerażające jest obserwowanie, jak głębokie rany po pazurach zasklepiają się w sekundy nie pozostawiając ani śladu oprócz sklejonego krwią futra. Choć brutalne i na pierwszy rzut oka prymitywne, te walki zdają się posiadać większe znaczenie niż proste ćwiczenia lub wybór głównego samca. Obserwajca otoczenia doprowadziła mnie do wniosku, że walki te są na równie na pokaz dla starszy, co dla przybywających w coraz większych ilościach duchów spoza Membrany.
Zmiennokształtni zamknęli mnie w jakiejś formie magicznego lub duchowego więzienia. Ściany są niewidzialne niezależnie od kąta pod jakim na nie patrzę. Nie mają również zapachu. Posiadają lekko krówkowy posmak. Ściany są wyższe niż mogę sięgnąć lub podskoczyć, ale nie stanowią podłogi – fakt ten wykorzystam do zakopania moich zapisków w nadziei, że odnajdzie je jeden z moich kolegów po fachu – nie ma też sufitu, przynajmniej na wysokość, na którą potrafię podrzucić kamień.
Rytualne walki zakończyły się. Udało mi się w końcu obliczyć, że na miejscu znajduje się trzydziestu ośmiu lykantropów. Wszystkie siedzą w trzech kręgach. Pomiędzy nimi widać dziwaczne sylwetki prawie zmaterializowanych duchów. Ciężki i słodki zapach wskazuje, że membrana jest niezwykle cienka w tej okolicy. Wilkołaki dyskutują. Mimo że pozostają w formie bojowej, to ich głosy stały się spokojniejsze i bardziej zrozumiałe.
Ich rozmowa jest raczej dyskusją taktyczną. Jak rozumiem obecni tu należą do Szczepu Krwawiącego Księżyca. Ich problem dotyczy Szczepu Zimowego Wichru, które nazywają inaczej Wendigo. Zrozumiałem tylko kilka głosów sprzeciwu przeciwko walce z nimi. Jedna z samic – nie sądzę, aby określenie suka było tu na miejscu – była szczególnie zaciekła w tej kwestii. Twierdziła, że należy najpierw spróbować negocjacji i rozmowy. Wydaje się, że nazywali ją Gabrielą – nie spodziewałem się, że lykantropii posługują się tego typu imionami. Szybko jednak wszyscy założyli, że walka jest nieunikniona. Decydowali między planem obrony tego miejsca – wizja bitwy między dwoma grupami lykantropamii w centrum Parku Chorzowskiego wydaje mi się zupełnie nierealna, ale naprawdę chciałbym to zobaczyć – czy przypuścić atak prewencyjny. Ostatecznie stanęło na tym drugim – największym zwolennikiem tego był wilkołak o złotym futrze z plamami łysizny, mówili na niego Buszujący.
Jeden z wilkołaków zakończył zgromadzenie. Wyciągnął ogromny miecz i gdy od strony księżyca spłynęło na niego krwistoczerwone światło – poprzedziło to pół minuty ogólnego mruczenia, które rezonowało w centrum mojego jestestwa – zakrzyknął: „Jesteśmy krwią Luny! Niech krew naszych wrogów splami nasze futra! Niech światło księżyca ujrzy ich śmierć! Niech nasze pazury zagłębią się w ich ciała! Chwała Krwawiącej Lunie!”

Czas zakopać ten dokument. Mam nadzieję, że moja lekkomyślność, która doprowadziła do przyjścia tutaj i uwięzienia przez wilkołaki przyniesie wiedzę do Wielkich Bibliotek Arcanum.

14 grudnia 2015
prof. dr hab. Cecyl Bolowski

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.