Rage across Silesia

Zgromadzenie wojenne Septu Krwawiącego Księżyca

Dzienniki Arcanum

Nazywam się Cecyl Bolowski. Jestem uczonym Arcanum i mam nadzieję, że te notatki trafią do moich kolegów. Zapisuję te słowa w pośpiechu, gdyż moje życie z pewnością wkrótce dobiegnie końca.
Doszło do mojej uwagi, że na obserwowanym przeze mnie terenie Parku Chorzowskiego dochodziło do dziwnego zachowania odwiedzających go ludzi. Od dawna nasze stowarzyszenie podejrzewało, że znajduje się tam miejsce ważne dla Lykantropów – Cearn. Teraz już wiem, że mieliśmy rację. Zmiennokształtni prowadzą teraz jakieś rytualne zgromadzenie. Wszyscy są w swoich potężnych i imponujących formach bojowych. Wywołuje to we mnie uczucie pierwotnego lęku. Obrazy ich przemiany śniłyby mi się do końca życia w koszmarach. Jednak podejrzewam, że nie ujrzę kolejnego świtu.
Obecnie wilkołaki oddają się pieśniom. Słowa mieszają się z wyciem i warczeniem. Udaje mi się czasem rozpoznać pojedyncze słowa i choć szczegóły mi umykają, to sądzę, że jest to forma powitania połączonego ze wspomnieniami o dawnych bohaterach. Lykantropii podzieleni są na grupy, które po kolei przedstawiają siebie, swoje osiągnięcia i opowieści o swoich przodkach. Pięć starszych wilków ocenia je i warknięciami określa swoje zadowolenie lub nie.
Od tygodnia ludzie odwiedzający park zawsze omijali jego szczególną część. Zdawałem sobie sprawę, że ten gęsty gaj cieszył się złą sławą. Mimo to postanowiłem sprawdzić to podejrzane zachowania. Ja również miałem sporo opory przed wejściem w ta część parku. Zajęło mi większą część popołudnia pokonanie mojej podświadomości i przemożenie tej szczególnej energii próbującej powstrzymać mnie przed wejściem. Już wtedy wiedziałem, że nie powinienem zapuszczać się tam przy świetle księżyca. Jak zwykle moje ciekawość okazała się silniejsza.
Lykantropii rozpoczęli drugi etap zgromadzenia. Młodzi teraz wyzywają się nawzajem i walczą między sobą. To przerażające, gdy obserwuję ich ogromne cielska ścierające się w walce. A najbardziej przerażające jest obserwowanie, jak głębokie rany po pazurach zasklepiają się w sekundy nie pozostawiając ani śladu oprócz sklejonego krwią futra. Choć brutalne i na pierwszy rzut oka prymitywne, te walki zdają się posiadać większe znaczenie niż proste ćwiczenia lub wybór głównego samca. Obserwajca otoczenia doprowadziła mnie do wniosku, że walki te są na równie na pokaz dla starszy, co dla przybywających w coraz większych ilościach duchów spoza Membrany.
Zmiennokształtni zamknęli mnie w jakiejś formie magicznego lub duchowego więzienia. Ściany są niewidzialne niezależnie od kąta pod jakim na nie patrzę. Nie mają również zapachu. Posiadają lekko krówkowy posmak. Ściany są wyższe niż mogę sięgnąć lub podskoczyć, ale nie stanowią podłogi – fakt ten wykorzystam do zakopania moich zapisków w nadziei, że odnajdzie je jeden z moich kolegów po fachu – nie ma też sufitu, przynajmniej na wysokość, na którą potrafię podrzucić kamień.
Rytualne walki zakończyły się. Udało mi się w końcu obliczyć, że na miejscu znajduje się trzydziestu ośmiu lykantropów. Wszystkie siedzą w trzech kręgach. Pomiędzy nimi widać dziwaczne sylwetki prawie zmaterializowanych duchów. Ciężki i słodki zapach wskazuje, że membrana jest niezwykle cienka w tej okolicy. Wilkołaki dyskutują. Mimo że pozostają w formie bojowej, to ich głosy stały się spokojniejsze i bardziej zrozumiałe.
Ich rozmowa jest raczej dyskusją taktyczną. Jak rozumiem obecni tu należą do Szczepu Krwawiącego Księżyca. Ich problem dotyczy Szczepu Zimowego Wichru, które nazywają inaczej Wendigo. Zrozumiałem tylko kilka głosów sprzeciwu przeciwko walce z nimi. Jedna z samic – nie sądzę, aby określenie suka było tu na miejscu – była szczególnie zaciekła w tej kwestii. Twierdziła, że należy najpierw spróbować negocjacji i rozmowy. Wydaje się, że nazywali ją Gabrielą – nie spodziewałem się, że lykantropii posługują się tego typu imionami. Szybko jednak wszyscy założyli, że walka jest nieunikniona. Decydowali między planem obrony tego miejsca – wizja bitwy między dwoma grupami lykantropamii w centrum Parku Chorzowskiego wydaje mi się zupełnie nierealna, ale naprawdę chciałbym to zobaczyć – czy przypuścić atak prewencyjny. Ostatecznie stanęło na tym drugim – największym zwolennikiem tego był wilkołak o złotym futrze z plamami łysizny, mówili na niego Buszujący.
Jeden z wilkołaków zakończył zgromadzenie. Wyciągnął ogromny miecz i gdy od strony księżyca spłynęło na niego krwistoczerwone światło – poprzedziło to pół minuty ogólnego mruczenia, które rezonowało w centrum mojego jestestwa – zakrzyknął: „Jesteśmy krwią Luny! Niech krew naszych wrogów splami nasze futra! Niech światło księżyca ujrzy ich śmierć! Niech nasze pazury zagłębią się w ich ciała! Chwała Krwawiącej Lunie!”

Czas zakopać ten dokument. Mam nadzieję, że moja lekkomyślność, która doprowadziła do przyjścia tutaj i uwięzienia przez wilkołaki przyniesie wiedzę do Wielkich Bibliotek Arcanum.

14 grudnia 2015
prof. dr hab. Cecyl Bolowski

Comments

Witold_Fiore_Hess Witold_Fiore_Hess

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.