Rage across Silesia

Zapomniany dziennik

Incarna i zmora

Nie wiem sama, ile czekałam na swoją pierszą przyzwaną Incarnę. Pamiętam, że było to przy okazji czegoś, co po czasie mogę określić jako “rytuał przejścia”. Ależ byliśmy zagubieni. Młode wilczki, niewiele jeszcze o czymkolwiek wiedzące, rzucone na pastwę zimy i swoich nie do końca przyjaznych pobratymców – Wendigo (w tym akurat specyficznym czasie opanowanych żądzą mordu). Brzmi pięknie – prawda? A jednak to przeżyłam.

Incarna Luny, wysłana do naszego Caernu w Parku miała sprawdzić, co się stało z sczeniakami Wendigo. Informacje były niepomyślne, ale sama Incarna – jakaż ona była cudowna! Wyglądała jak ludzka postać zrobiona ze światła. Światło to nie było jednak oślepiające ani zbyt jasne – wydawało się, że pulsuje zza przydymionego szkła. Rysy sylwetki miała rozmyte, a po całej postaci pełgało światło we wszystkich odcieniach szarości… istota, w zamian za informację, zażądała oczywiście zaplaty. Oddałam jej część mojej mocy, a ona łapczywie ją wchłonęła i rozmyła się.
Z tego, co nam powiedziała wynikało, że szczeniaki Wendigo w naszym Caernie zostały dobrze przyjęte. Później puszczono je do miasta, by zaczęły poznawać i uczyć się ludzkich obyczajów. Po 24 godzinach nie żyły… Dlatego założono, że to my i dlatego oba Caerny sposobiły się do wielkiej wojny. Z Parku wyruszył do nas Accolon z plemienia Patrzących w Gwiazdy. Arun podróżował przez Umbrę i w niedługim czasie winien przybyć w okolice przełęczy Krodera.
Tymczasem my potrzebowaliśmy odpoczynku. Ja musiałam medytować, aby odzyskać moc, którą oddałam Incarnie, a potem zasnęłam jak głaz. Ale i tamtej nocy nie spałam spokojnie. Obudził mnie Lord twierdząc, że nasz pennsjonat jest obserwowany. I był – przez Curtisa Warrella – wilkołaka, którego pozaliśmy w barze. Udało się umówić z nim spotkanie na rano.
Następnie moja wataha udała się do Diany – nie wiem, jak i czemu się tam znaleźli, ale ja zasnęłam w Umbrze zwinięta w mały, ciasny kłębek. I zapewne spałabym nadal, gdyby nie nawoływania Aurory. Poderwałam się i Umbrą dotarłam do watahy. Okazało się, że na dziecku Diany żeruje zmora. Próbowali je leczyć, a ja siedziałam w Umbrze słuchając Tycjany – na wpół obłąkanego dziecka Gai. Aby pozbyć się zmory spróbowałam odprawić rytuał – trzeba było wezwać to paskudztwo i je zabić. Zmory jednak nie są głupie. Tak konkretna wiedziała, że jak ma mocną kartę przetargową – “Ruszcie mnie, a mały umrze”. W porównaniu do pięknej Incarny taka zmora to naprawdę straszna rzecz. Gdybym nie widziała brzydszych rzeczy w życiu mogłabym ją nawet nazwać kwintesencją brzydoty – wyglądała jak nieregularnych kształtów sakwa czy wór, wypełniony tłuszczem. Po długich i ciężkich bojach chłopca udało się uratować.
Noc była już za nami.

Comments

Witold_Fiore_Hess Witold_Fiore_Hess

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.